Łączna liczba wyświetleń

sobota, 6 stycznia 2018

3 kadencje PiS

Opozycja nie może pojąć, skąd wynika nieustająca przewaga sondażowa PiS. Przewiduję, że ta partia będzie rządzić 3 kadencje. Historia ma tendencję do powtarzania się. Rządy PiS odpowiadają okresowi wdrażania władzy ludowej w latach 1945-1956. Podobne są zasadnicze punkty programu:
  • Centralizacja władzy, likwidacja trójpodziału. Sądownictwo jest chore, ale zamiast umożliwić wybór sędziów przez obywateli dokonają tego funkcjonariusze Partii. Odchodzenie od jednomandatowych okręgów wyborczych oznacza umocnienie zależności przedstawicieli władzy ustawodawczej od Partii. Ograniczanie niezależności samorządów to przywrócenie władzy Partii w terenie.
  • Pięćset plus, mieszkanie plus, a dla klasy średniej ostre podniesienie podatków to walka o wdrożenie socjalizmu. Trwałe poparcie dla Partii ze strony proletariatu, który doznał awansu społecznego.
  • Nacjonalizacja zasadniczych sektorów gospodarki
  • Walka o handel. Skoro dziś najbardziej efektywną formą handlu są supermarkety, to Partia musi wydać im wojnę.
  • Histeria antyniemiecka dokładnie wzorowana na sprawdzonych wzorach z PRL
  • Polityka zagraniczna i obronna podporządkowana suwerenowi – ZSRR zastąpiony przez USA/Izrael

Natomiast rządy PO – 2 kadencje odpowiadają okresowi Generalnej Guberni w latach 1939-1945. Oczywiście bez ludobójstwa i terroru, ale poza tym zasadnicze punkty programu były podobne:

  • Polityka zagraniczna, obronna i ekonomiczna podporządkowana suwerenowi – Niemcom
  • Jedyna aktywność rządu to nadzorowanie budowy autostrad wschód-zachód stanowiących realizację postulatu zgłaszanego jeszcze przez Hitlera
  • Utrzymywanie 6-letniej szkoły podstawowej i bezsensownych gimnazjów – dążenie do ogłupienia narodu tubylczego
  • Wprowadzenie obowiązku szkolnego od 6 lat i wieku emerytalnego do 67 lat – w trosce o maksymalne wykorzystanie tubylczej siły roboczej
  • W miastach wykorzystanie „reprywatyzacji” do przekazywania kamienic szmalcownikom i wysiedlania polskich rodzin na bruk


W świetle tego porównania widać, że nie ma szans na powrót PO do władzy. PiS jest, jaki jest, ale potrafi realizować jakieś pozytywne cele w odróżnieniu od namiestników z PO. Naród widzi tę różnicę nawet bez namolnej do wyrzygania propagandy mediów Kurskiego.

piątek, 22 grudnia 2017

Doświadczyłem cudu

Aglomeracja przed świętami przypomina piekło. Ciemność, wielogodzinne korki, co kilkaset metrów stłuczki. Dokąd zmierzamy? Po prezenty, żywność, stroje? Aby okazać swoją okazałość rodzinie lub znajomym. Zamiast spokojnego oczekiwania nastrój furii przedświątecznej.

Pomyślałem sobie, czy nie lepsza byłaby religia rodzima. Wprawdzie już dokładnie nie wiadomo, jakich miała bożków, ale można wyjść przed dom i złożyć w ofierze skrawki słoniny lub inne przysmaki współczesnym boginkom, na przykład grycankom.

Jak przezwyciężyć chwile zwątpienia religijnego?

Zwątpienie sytuuje się w opozycji wobec nadziei i jest przedsionkiem rozpaczy. Jeśli wątpienie jest niejakim zachwianiem się wiary w Boga i Jego istnienie, to zwątpienie jest zachwianiem wiary Bogu, owego powierzenia się Bogu, które konieczne jest w wierze. Zwątpić w Boga, to żyć w przekonaniu, że o nas zapomniał, że gdzieś się zapodział, że nas pozostawił, że Jego zapewnienie o trosce o nas jest niczym innym jak pustosłowiem.

https://www.deon.pl/161/art,1864,czy-nalezy-sie-bac-zwatpienia.html

Hbr 11, 6
Bez wiary zaś nie można podobać się Bogu. Przystępujący bowiem do Boga musi uwierzyć, że [Bóg] jest i że wynagradza tych, którzy Go szukają.

Udałem się na mszę wieczorną. Po uroczystości o standardowym przebiegu zaskoczenie. Na środek kaplicy wystąpił młody wysoki kapłan z blond brodą. Trzymał w dłoniach tajemniczy złocisty przedmiot. Oznajmił, że zaprasza do ucałowania relikwii Jana Pawła II. Wierni karnie ustawili się w kolejkę. Przyklękali i całowali przedmiot kultu. Po każdym pocałunku kapłan gorliwie przecierał relikwiarz białym ręczniczkiem. Nie zdecydowałem się uczestniczyć w rytuale. Czynność wydała mi się niehigieniczna i niestosowna.

Ale największe zaskoczenie przeżyłem rano. Na ustach zrobiła mi się nieprzyjemna krosta. Członkowie rodziny, którzy ucałowali relikwie, byli zaś całkowicie zdrowi. Nieuchronne skojarzenie – dostąpiłem znaku mocy Jana Pawła II. Uznałem tę sytuację za cud. Powróciły do mnie nadzieja i wiara.



sobota, 9 grudnia 2017

Udał nam się Duda

Naturalnie nie prezydent, ale Piotr Duda - przewodniczący NSZZ „Solidarność”. Od zawsze byłem przeciwnikiem związków zawodowych, jednak zaszokowała mnie niedawna wypowiedź Piotra Dudy:

Poseł Cymański mija się z prawdą. Pod publikę można rzucać piękne hasełka, że likwidując trzydziestokrotność przywrócimy solidaryzm społeczny. Należy zadać pytanie politykom, czy wiedzą, dlaczego przed laty trzydziestokrotność została wprowadzona? Obecnie mamy kapitałowy system emerytalny. Oznacza to, że od tego, ile uzbieramy na emeryturę, tyle w przyszłości otrzymamy. Wprowadzenie maksymalnej składki od trzydziestokrotności średniego wynagrodzenia przy obecnym systemie emerytalnym jest zabezpieczeniem przed tzw. kominami emerytalnymi. Jeżeli dzisiaj rząd chce zlikwidować to rozwiązanie, to doprowadzi do tego, że w przyszłości osoby zarabiające najwięcej, będą otrzymywały bardzo wysokie emerytury. Ich waloryzacja niejednokrotnie przewyższy emerytury otrzymywane przez inne osoby. W przyszłości rozwiązanie zaproponowane przez rząd premier Beaty Szydło spowoduje jeszcze większe nieakceptowane społecznie dysproporcje w wypłatach emerytur.
Wicepremier Mateusz Morawiecki myli się, myśląc, że po zniesieniu trzydziestokrotności wszyscy będą płacić składki od pełnego dochodu. Opłacać je będą jedynie ci, którzy zatrudnieni są na podstawie umowy o pracę. Najbogatsi uciekną w tzw. kontrakty, działalność gospodarczą. Skutkami tego zostaną obciążeni ci, którzy dzisiaj najwięcej pracują także w nadgodzinach, bo taka jest specyfika ich pracy. Rzucanie hasła „solidaryzm” w wykonaniu posła Cymańskiego jest pustosłowiem.


Okazuje się, że przewodniczący związku zawodowego będącego ścisłym sojusznikiem PiS potrafi zaprotestować przeciwko polityce likwidacji klasy średniej prowadzonej przez tę partię. Na tle lewackich hunwejbinów z PiS Piotr Duda wydaje się głosem umiaru i rozsądku.

niedziela, 3 grudnia 2017

Rasizm w Europie Zachodniej

Zachodni propagandyści oskarżają Polaków o faszyzm i rasizm, ale na ulicach Paryża rozgrywają się wydarzenia jakby wprost przeniesione z powieści „Chata wuja Toma”. To XIX-wieczne dzieło ukazywało okrucieństwo i bezwzględność wobec czarnych niewolników na południu USA.

Scena 1.
Kolejka RER z lotniska do centrum. Dwie młode, pulchne, ale ładne murzynki zajęły miejsca obok siebie, na siedzeniu naprzeciwko położyły bagaże. Na jednej ze stacji wsiadł starszy murzyn o surowym wyglądzie twarzy. Pomimo, iż było sporo wolnych miejsc poprzesuwał, pozdejmował bagaże czarnych piękności, usiadł naprzeciwko i wpatrywał się w nie karcąco. Z wyglądu przypominał duchownego muzułmańskiego: patrząc od dołu – czerwone adidasy, granatowe spodnie od dresu, następnie zielona, sztruksowa suknia sięgająca poniżej kolan, na wierzch krótka niebieska kurtka sportowa. Twarz wielka jak wiadro, intensywnie czarna, silnie spłaszczony nos, siwa szczecina, gniewne, wyłupiaste oczy. Dziewczyna siedząca na zewnątrz nie wytrzymała, zabrała bagaże porozrzucane przez przybysza, przeniosła w inną część wagonu i czekała na koleżankę. Ale koleżanka zamarła na siedzeniu, albo krępowała się, albo bała się ruszyć. Krępujące chwile oczekiwania. Wreszcie pierwsza dziewczyna wróciła do koleżanki, ale usiadła bokiem, aby nie patrzeć na mężczyznę. Już nie rozmawiały ze sobą.

W mojej ocenie był to drastyczny przypadek rasizmu. Dziewczyny były ładne, miały jaśniejszą karnację, uważały się chyba za bardziej białe, okazały nienawiść i pogardę starszemu mężczyźnie z powodu jego rasy.

Scena 2.
Centrum Paryża. Młody biały mężczyzna rozmawia przez telefon, pod pachą trzyma plik dokumentów. Nie zauważył, jak plik wysunął się, upadł i rozsypał na chodniku. Przypadkowy przechodzień – młody murzyn – zauważywszy to zatrzymał się, przyklęknął, pozbierał dokumenty. Ponieważ przez ten czas biały oddalił się o kilkanaście metrów, pobiegł za nim, aby grzecznie zatrzymać i zwrócić zgubę.

W mojej ocenie to mniej drastyczny, ale jednak przypadek rasizmu. Pokazuje, że zakodowaną rolą czarnych w społeczeństwie jest służenie białym.

Scena 3.
Dworzec kolejowy. Murzyn o zaniedbanym wyglądzie z tobołkami w rękach zaczepiał podróżnych prosząc o pieniądze na zakup kawy. Ja udałem, że nie rozumiem. Spośród licznych osób tylko jedna przekazała murzynowi monetą – to starszy, biały mężczyzna.

Według mnie to jaskrawy przypadek rasizmu – biały dając ofiarę umocnił w czarnych przekonanie, że jest ich panem. Nie zdarzyło mi się zobaczyć, aby czarni przekazali datek białym żebrakom, których w tym mieście nie brakowało. Najgorszy jest jednak rasizm czarnych wobec czarnych. Na dworcu było sporo z wyglądu dobrze sytuowanych murzynów, nie dali pobratymcowi ani centa.

Scena 4.
Właściwie sceny. Wielokrotnie widziałem białe dzieci wiezione w wózku lub prowadzone przez murzynki. W pierwszej chwili myślałem, że może miały dzieci z białym partnerem, jednak te dzieci nie były mulatami, były w 100% białe. Jedyną logiczną możliwością jest, że murzynki pełniły rolę opiekunek. Kiedy uświadomiłem to sobie, zacząłem się rozglądać. Na ogół nie udawało mi się dostrzec białych dzieci pod opieką białych kobiet, prawie wszystkie były pod opieką murzynek.

Jest to klasyczny przypadek rasizmu. Białym kobietom nie chce się mieć dzieci, a jeśli jednak już je mają, oddają pod opieką murzynkom. Młodzi Francuzi właściwie nie znają swoich mam, tylko czarne mamki.


Skretyniałe zachodnie media zarzucają Polsce faszyzm. Może niech się zastanowią nad sobą. Stykając się na Zachodzie z falą brutalnego rasizmu, nie czułem się dobrze. Powrót do Polski był dla mnie powrotem do bezpieczeństwa, spokoju i tolerancji.

sobota, 18 listopada 2017

Zwiedzanie Bieszczadów

Tajemnicze to góry, bo już sama odmiana budzi wątpliwości – Bieszczadów, czy Bieszczad. Pierwszy raz się tam wybrałem. Ostatnio z naszej rodziny przebywał w tej okolicy mój dziadek – walczył jako żołnierz w latach czterdziestych ubiegłego wieku.

Mit Bieszczadów przedstawia je jako ostatni skrawek kresów, jako ziemię pionierów, samotników, indywidualistów, miejsce, w którym odnajdujemy wolność i sens życia, w którym zakochujemy się w naturze i pierwotnej przyrodzie.






Faktycznie spotykałem osoby, które wyglądały, jakby przyjechały szukać wolności i sensu życia. Wydawały się jednak raczej zagubione. Miałem wrażenie, że spoglądały na mnie z nadzieją, że akurat ja mam ten mistyczny klucz i potrafię im go przekazać. Niestety pogrążony w cynizmie nie miałem i nie szukałem klucza wolności.

W praktyce Bieszczady współczesne funkcjonują jak doskonale zorganizowane przedsiębiorstwo komercyjne. Codziennie rano turyści dojeżdżają z miejsc zakwaterowania na parkingi zlokalizowane obok atrakcji – np. stacji kolejki wąskotorowej w Majdanie, Połoniny Wetlińskiej lub Caryńskiej. Parkingi mieszczą tysiące samochodów sprawnie kierowanych przez obsługę z krótkofalówkami. Z parkingu można iść na szlak na piechotę i wrócić, albo podjechać kilka kilometrów busem turystycznym, aby przedłużyć sobie trasę. Połoniny – łąki na górach powyżej górnej granicy lasów – to wprawdzie oklepana atrakcja, gdzie w sezonie maszerują tysiące turystów, ale na mnie i tak zrobiły niesamowite wrażenie.





Ciekawego odkrycia dokonałem natomiast w lesie. Obala to moim zdaniem głoszone przez oficjalnych historyków teorie na temat wojny rosyjsko-japońskiej 1904-1905. Okazuje się, że oddziały japońskie dotarły aż do Bieszczadów. Świadczą o tym znaki zachowane na drzewach.




Zwróciło moją uwagę, że współczesna ludność zamieszkująca Bieszczady – narodowości polskiej – ma pozytywny stosunek do łemkowskich tradycji tych ziem. Przy szkołach organizowane są polsko-ukraińskie towarzystwa historyczne, funkcjonują restauracje w stylu ukraińskim, na szlakach na tabliczkach informacyjnych są napisy także w języku ukraińskim. Jakże kontrastuje to z podejściem naszych wschodnich sąsiadów, którzy tępią polskie pamiątki, chcą wyrzucić lwy z Cmentarza Łyczakowskiego, za to stawiają niezliczone pomniki banderowców.


Polska nigdy nie miała i nadal nie ma skutecznej polityki historycznej. Zwiedziłem pomnik żołnierzy polskich, których garstka broniła się przed tysiącami upowców. Może mój dziadek walczył w tym okopie. Pomnik jest zaniedbany, pomalowany obraźliwymi napisami. Niewątpliwie prowokują do tego postkomunistyczne napisy o „utrwalaniu władzy ludowej”. Moim zdaniem należałoby by pomnik przebudować, napisy zmienić. Ci żołnierze nawet jeśli byli w armii ludowej, w tym miejscu walczyli o to, aby nie mordowano Polaków.



 

poniedziałek, 6 listopada 2017

Zwiedzanie Ordynacji Zamojskiej

Spośród pozostałości Ordynacji Zamojskiej w najlepszym stanie zachował się folwark w Zwierzyńcu, ze znakomitym browarem. Gościom karczmy oferuje się także koncerty i pokazy filmowe.



Zachowały się także stawy z czerwonymi rybkami.



W Szczebrzeszynie można zwiedzić zabytkową synagogę.



Eksponowane są w niej portrety kobiet z wielkimi cycami.




Na rynku zwraca uwagę posąg słynnego chrząszcza.




Okazało się jednak, że to falsyfikat. Oryginalny posąg znajduje się podobno nad rzeką. Udałem się tam niezwłocznie, ale zwiedzanie chrząszcza okazało się utrudnione. Miejscowy oddział samoobrony trenował właśnie strzelanie do owada z wiatrówek. Pomyślałem – nie mamy śmigłowców, ale te dzielne chłopaki nas obronią. Nie pozwolili filmować – wiadomo, tajemnica wojskowa, ale wyjaśnili, że przygotowują się do obrony fortyfikacji twierdzy Zamość. Wróg nie przejdzie.

Udałem się więc niezwłocznie do Zamościa. Miasto nadal robi wrażenie.





Jednak kawa podana na jednym z miejskich rynków fatalna – fusy jakby niedogotowane, za to cała filiżanka nimi obryzgana.


Po degustacji zwiedziłem fortyfikacje miejskie. Wyglądały imponująco, ale okazało się, że to atrapa. Oryginalne fortyfikacje zostały zdemontowane w roku 1866 na rozkaz cara Aleksandra II. Chłopaki z samoobrony mogą mieć problem.



Nad Ordynacją czuwa jednak Matka Boska Krasnobrodzka.


niedziela, 11 czerwca 2017

Niewdzięczność Polaków

Warszawa nie ma szczęścia do prezydentów. Jednym z najbardziej szkodliwych jest HGW. Głównym celem jej prezydentury było propagowanie zboczeń seksualnych – obrona pedalskiej tęczy na placu Zbawiciela. Zaangażowano najnowsze systemy ochrony i przeciwpożarowe, zmasowane oddziały straży miejskiej. Mimo to ludowi Warszawy udało się kilka razy to plugastwo spalić. Wydaje się, że szczególną nienawiścią HGW darzy kierowców. Zamykane dla nich są kolejne mosty, pasy ulic odbierane na buspasy i dla cyklistów. Za to ślimaczy się budowa obwodnicy. Warszawa jest jednym z niewielu większych miast Polski bez obwodnicy. Ale największym kuriozum jest to, że planowana obwodnica przechodzi przez środek miasta, jej funkcjonujące odcinki już są zakorkowane i będą jeszcze bardziej zakorkowane po dokończeniu.

Pociechy można szukać w historii. Przeciwieństwem demokratycznie wybranej HGW był mianowany w 1875 roku przez carskiego gubernatora pełniący obowiązki prezydenta Warszawy Sokrates Starynkiewicz. Na fali represji po Powstaniu Styczniowym warszawiacy obawiali się najgorszego. Okazał się jednak jednym z najbardziej zasłużonych i szanowanych prezydentów.


Największym dziełem Starynkiewicza było zbudowanie ogólnomiejskiego systemu wodno-kanalizacyjnego ze stacją filtrów w najwyżej położonym miejscu miasta na Koszykach (1886), dokąd doprowadzono szlak rurowy transportujący wodę z oddalonej o kilka kilometrów Wisły ze zbudowanej w tym celu stacji pomp na Czerniakowie. Ta potężna inwestycja, która spowodowała na kilka lat poważne rozkopanie całego miasta, w znaczącym stopniu sprawiła, że z zapóźnionego cywilizacyjnie i źle zorganizowanego miasta tkwiącego swoimi korzeniami jeszcze w XVIII wieku Warszawa przeobraziła się w nowoczesny organizm miejski na miarę XX w.
Inwestycji tej towarzyszyło jednak również wiele innych istotnych dokonań Starynkiewicza takich jak:
  • dwukrotny wzrost dochodów miasta (bez zwiększania obciążeń podatkowych mieszkańców)
  • zbudowanie sieci skanalizowanych, ogólnodostępnych szaletów miejskich
  • uruchomienie pierwszej publicznej linii tramwaju konnego (1881), do 1889 było tych linii już 17 (jeździły latem co 5 minut, zimą – co 8)
  • poszerzenie i wybrukowanie wielu ulic, tzw. kocie łby zastępowano granitową kostką, pod koniec jego prezydentury zastosowano także pierwsze nawierzchnie betonowe
  • modernizacja oświetlenia ulic (3 tys. latarni gazowych), zadrzewienie ulic i modernizacja ich chodników
  • powołanie Towarzystwa Asenizacyjnego, zajmującego się wywozem z miasta nieczystości, a z brukowanych ulic także błota i śniegu (1883)
  • powołanie Komitetu Plantacyjnego (1889), dzięki któremu powstało w Warszawie wiele skwerów i pasów zieleni, w tym m.in. park Ujazdowski (1893)
  • założenie sieci telefonicznej (1884)
  • otwarcie wielkiego cmentarza Bródnowskiego na terenach wykupionych w tym celu przez miasto
  • uporządkowanie spraw targowisk (m.in. budowa Hal Mirowskich i hali na ul. Koszykowej)
  • budowa nowej gazowni na Woli
  • regulacja 11 km lewego brzegu Wisły od Mostu Kierbedzia w górę rzeki
  • przebicie ul. Próżnej do placu Grzybowskiego[4]
  • renowacja Kolumny Zygmunta i wielu starych kościołów katolickich (mimo że sam Starynkiewicz był prawosławny)
  • przeprowadzenie spisów ludności dla celów sanitarnych (1882, 1892)

Starynkiewicz walczył o inwestycje miejskie nieraz wbrew intencjom władz carskich, pragnącym utrzymać prowincjonalny charakter byłej stolicy Polski. Zamiast tego Warszawa stała się najnowocześniejszym miastem w Imperium Rosyjskim. Sokrates Starynkiewicz do śmierci w 1902 roku mieszkał w Warszawie, pochowany został na cmentarzu prawosławnym. W pogrzebie wzięło udział 100 tysięcy warszawiaków.

Niedawno postanowiłem odszukać jego grób. Nie było to łatwe. Przeniesiony gdzieś pod płot cmentarza, skromny, zapomniany, zaniedbany.




Niestety tak wygląda wdzięczność Polaków. Jeśli nie będziemy potrafili należycie docenić przychylnej postawy wybitnych przedstawicieli sąsiednich narodów i wykorzystać tego do budowy pozytywnych więzi, to pozostanie nam wieczne narzekanie na niechęć lub wrogość sąsiadów.