Łączna liczba wyświetleń

piątek, 18 października 2013

Problem pedofilii jest marginalny

Postępowe media nasiliły kampanię propagandową mającą wpoić skojarzenie: ksiądz równa się pedofil. Przypadki takie nieuchronnie zdarzają się w środowiskach związanych z wychowaniem dzieci i młodzieży. Zdrową reakcją po ujawnieniu lub podejrzewaniu pedofilii powinno być zawieszenie takiej osoby w obowiązkach, zgłoszenie do organów ścigania, a po skazującym wyroku sądowym usunięcie ze środowiska harcmistrzów, kapłanów, nauczycieli, trenerów itd. Niestety do tej pory kastowość Kościoła powodowała w wielu wypadkach przede wszystkim ochronę interesów własnej kasty, w przypadku pedofilii – ochronę swoich, choćby przestępców. Wyrazem takiej postawy są słynne wypowiedzi arcybiskupa Michalika, aczkolwiek rysuje się szansa na pozytywną zmianę.

Przeciwko kastowości i klerykalizmowi zwraca się papież Franciszek:

Kościół, który nie wychodzi na zewnątrz, wcześniej lub później, zostaje zniszczony chorobą na skutek zamknięcia się w pomieszczeniu w którym się znajduje. Jest faktem, że także Kościołowi, który wychodzi na zewnątrz, tak jak każdej osobie, która wychodzi na ulicę: może przytrafić się jakiś wypadek. Wobec tej alternatywy - powiem wprost - o tysiąc razy wolę Kościół po wypadku, niż Kościół chory. Chorobami typowymi dla Kościoła jest zamknięcie w samym sobie, wpatrywanie się w samego siebie, być skrzywionym w spojrzeniu skoncentrowanym na własnych problemach, jak ta kobieta z Ewangelii. Jest to rodzaj narcyzmu, który prowadzi nas do zeświecczenia duchowego, wysublimowanego klerykalizmu i w konsekwencji nie pozwala nam doświadczyć "słodkiej i umacniającej radości niesienia Ewangelii".

Niech Pan uwolni nas od robienia sobie makijażu z naszego biskupstwa poprzez zewnętrzne świecidełka świeckości, pieniądza i "klerykalizmu na sprzedaż". Dziewica Maria niech nauczy nas pokory i cichej, lecz odważnej pracy, która prowadzi do gorliwości apostolskiej.


Z punktu widzenia katolików powierzchownych, do których się zaliczam, problem pedofilii w Kościele jest bolesny, ale marginalny. Źródłem problemów jest kastowość – Kościół stał się organizacją zaspokajającą własne interesy i lekceważącą potrzeby wiernych. Dla katolików powierzchownych nie istnieje listek figowy w postaci teologii i sakramentu kapłaństwa usprawiedliwiającego nieprofesjonalność, egoizm, chciwość, chamską katechezę, agresywność, lekceważenie wiernych. Płacimy i oczekujemy od kleru profesjonalnej posługi religijnej. Oprócz konieczności usunięcia z szeregów kapłanów pedofilów postulowałbym usunięcie księży i biskupów, którzy się do tego zawodu nie nadają, choćby stanowili 90% całości. Postulowałbym opcjonalność celibatu i wybór proboszcza przez radę parafialną spośród kandydatów zatwierdzonych przez biskupa.

Jest jednak wiele odłamów w Kościele. Katolicy powierzchowni i ich postulaty są znienawidzeni przez tzw. front katechetyczny. Jego łagodniejsi przedstawiciele wykluczyliby katolików powierzchownych z Kościoła, a bardziej fundamentalni obdarzyliby nas łaską w postaci stosu.

Problem ten zauważa papież Franciszek, krytykując jednych i drugich:

Są ludzie, którzy "udają chrześcijan" i grzeszą nadmierną powierzchownością lub zbytnią surowością, zapominając, że prawdziwy chrześcijanin jest człowiekiem radości, budującym wiarę na Chrystusowej skale - stwierdził papież Franciszek podczas porannej Eucharystii w kaplicy Domu Świętej Marty (27.06.2013r)

Zdaniem papieża wśród owych ludzi słów można dostrzec chrześcijan typu gnostyckiego, którzy zamiast kochać skałę, lubują się w pięknych słowach, żyją unosząc się na powierzchni życia chrześcijańskiego. Jest także inny typ - "pelagiański", stateczny i wyniosły". Innymi słowy z jednej strony chrześcijaństwo "płynne", a z drugiej ludzie przekonani, że aby być chrześcijaninem, trzeba nieustannie trwać w żałobie, mylący stanowczość z surowością. Jednak w opinii Ojca Świętego ludzie ci udają chrześcijan. Nie wiedzą kim jest Pan, skała, nie mają chrześcijańskiej wolności ani też radości.


Ufam, że to współczesne zamieszanie w Kościele przyniesie pozytywne zmiany.


niedziela, 13 października 2013

Berlińska kolumna zwycięstwa łączy historię Niemiec i Polski

Wędrówka wakacyjna zaprowadziła mnie do berlińskiej kolumny zwycięstwa Siegessäule. Nie zdawałem sobie sprawy, że ten obiekt w zadziwiający sposób łączy historię Niemiec i Polski. Kolumna ukończona w 1873 upamiętnia zwycięstwa Prus w wojnie z Danią (1864), Austrią (1866) i Francją (1871), dzięki którym Niemcy zostały zjednoczone. Pierwotnie stała na Königsplatz (obecnie Platz der Republik).





Jednak w 1939, aby uczcić wielkie zwycięstwo nad Polską, kolumnę przeniesiono do parku Tiergarten i podwyższono o 7,5 m. Niemcy nie zdążyli już upamiętnić kolejnych zwycięstw. Obiekt przetrwał wojnę bez szwanku, ale 2 maja 1945 został zdobyty przez walczących u boku Armii Radzieckiej polskich żołnierzy, którzy umieścili na nim naszą flagę. Właśnie drugiego maja obchodzimy Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej.



Sam park Tiergarten przeszedłem na piechotę, aby zaoszczędzić na bilecie na metro – chyba z 8 km. „Tier” – znaczy zwierzę, ale sam park nie ma charakteru ogrodu zoologicznego. To raczej park o charakterze leśnym, gdzie pojawiają się różne lisy, zające i inne kuny. Można chodzić, biegać, jeździć rowerem i wylegiwać się na trawie.



Nagroda za ten wyczerpujący marsz czekała na mnie na Alexanderplatz, gdzie zachował się enerdowski folklor – rodzaj jarmarku z kramami, występami komików, akrobatów, polityków, a przede wszystkim znakomite piwo i kiełbaski currywurst. 



Rozczuliły mnie stoły zbite z desek, nakryte ceratką, na nich czerwone kwiatki posadzone w ziemi nasypanej do opróżnionych puszek. Puszki nie można poruszyć, bo jest przybita gwoździem do stołu. Aby pobrać kufel z piwem, trzeba za naczynie zapłacić kaucję. Przy odbieraniu kaucji wytatuowany barman strzelał do mnie z pistoletu, na szczęście na bańki mydlane. Trzymając się konwencji, podniosłem nawet ręce do góry, ale wystraszony poprosił mnie, abym tego nie czynił, bo akurat zbliżał się patrol policji.

Osobiście dla mnie najbardziej traumatycznym przeżyciem były zakupy w Primark, bo ile godzin można tam siedzieć. Ale nie było wyjścia.

Za to przyjemna była wizyta w pałacu Charlottenburg. Trochę przypomina warszawskie Łazienki.



środa, 2 października 2013

Triumf stalinizmu we współczesnej Polsce

Każdy ustrój przechodzi ewolucję: niszczenie poprzedniego systemu, siermiężne początki – rozwój - upadek.

Na przykład feudalizm: okrutny bandyta grasujący z maczugą w lesie staje się władcą – szlachetny król broniący swojego ludu i religii – zdegenerowany monarcha nurzający się w obżarstwie, pijaństwie i rozpuście.

Albo komunizm: destrukcja gospodarki, brutalne represje, odpowiadające okresowi leninowsko-stalinowskiemu - nowoczesny komunizm chiński łączący autorytarną władzę z względnym liberalizmem gospodarczym, intensywny rozwój społeczno-ekonomiczny – ostatnia faza to przeżarcie władzy nihilizmem, korupcją i rozpad (ZSRR za Grobaczowa, PRL za Jaruzelskiego). 

Polski komunizm miał tylko krótki moment epizod wejścia na drogę intensywnego rozwoju – rządy Rakowskiego w latach 1988/89 ze słynna ustawą Wilczka o wolności gospodarczej:

Adam Sadowski: Ustawa Mieczysława Wilczka jest do tej pory niedoścignionym wzorem ustawy, dającej najwięcej wolności gospodarczej polskim przedsiębiorcom. Co jest zaskakujące, jest zgodna z polskimi zobowiązaniami wobec UE.

Robert Gwiazdowski: Ustawa o działalności gospodarczej, zwana ustawą Wilczka, uchwalona jeszcze za komuny w grudniu 1988 r., stwierdzała, że "podejmowanie i prowadzenie działalności gospodarczej jest wolne i dozwolone każdemu na równych prawach". Później było już tylko gorzej: kolejne regulacje, ograniczenia, koncesje, zezwolenia w myśl typowej raczej dla komunizmu, a nie budowanego rzekomo kapitalizmu, zasady postępowania z prywaciarzami: trzeba ich tolerować, ale należy trzymać krótko.


Rok 1989 przyniósł wielkie nadzieje niepodległości i wolności, ale faktycznie okazało się, że rozpoczęliśmy pierwszy etap wymienionej na początku ustrojowej triady. Rządy pierwszych premierów II RP odpowiadają okresowi leninowskiemu - to okres intensywnej destrukcji polskiego społeczeństwa i polskiej gospodarki – niszczenie przemysłu i przedsiębiorstw, np. przemysłu samochodowego, chemicznego, elektronicznego, stoczni, złodziejska prywatyzacja NFI w 1995. 

Szczytowym momentem destrukcji państwa były tzw. reformy Buzka z 1999:

oświatowa – zniszczenie dotychczasowego systemu ośmioletniej szkoły podstawowej, szkół zawodowych i czteroletnich liceów – zamiast tego gimnazja: zbiorowisko agresywnej młodzieży w okresie dojrzewania z nauczycielami pozbawionymi skutecznych środków egzekwowania dyscypliny

emerytalna – wprowadzenie systemu stanowiącego piramidę finansową, determinującego bankructwo budżetu państwa i katastrofę demograficzna  Istotną część łupu przekazano kolesiom z OFE. Dziś autorzy systemu Balcerowicz i Buzek protestują przeciwko likwidacji OFE motywując to zawłaszczaniem przez państwo oszczędności obywateli. Tylko, że nigdy nie wdrożono systemu wypłat emerytur z OFE. Nigdy nie było zamiaru, aby zwrócić ludziom odebrane pieniądze, niezależnie czy trafiły do biurokratów z ZUS czy kolesi z OFE.

zdrowotna – każdy pracujący płaci 10% składki zdrowotnej, są to ogromne i w dużej mierze stracone środki. Gwarantowany koszyk świadczeń jest z jednej strony tak szeroki, że państwo nie jest w stanie się z nich należycie wywiązać. Np. wielomiesięczny lub wieloletni okres oczekiwania na wizytę u specjalisty lub operację. Z drugiej strony media podają codziennie przykłady osób umierających na rzadkie choroby, którym NFZ nie może finansować drogiego leczenia. Wiele osób w praktyce pomimo płacenia na NFZ płaci prywatnie za ubezpieczenia i świadczenia medyczne.

administracyjna – wprowadzenie powiatów wraz z ich aparatem administracyjnym.

Liczba urzędników w Polsce w okresie ostatniego ćwierćwiecza wzrosła prawie trzykrotnie.  W tym czasie liczba mieszkańców Polski wzrosła o niecały 1% (1988 – 37,9 mln, 2010 – 38,2 mln) a liczba zatrudnionych poza sferą budżetową wzrosła o 9% (2002 – 11,1 mln, 2010 – 12,2 mln).


Podział na województwa nie odpowiada historycznym regionom Polski – pozostawia małe województwa mogące pełnić rolę „korytarzy” dla celów germanizacji np. opolskie, lubuskie.

Jeśli rządy pierwszych premierów II RP odpowiadają okresowi leninowskiemu, to odnoszę nieodparte wrażenie, że współcześnie wraz z liderami narodu Kaczyńskim i Tuskiem, wymieniającymi się u władzy, wkroczyliśmy w okres odpowiadający stalinowskiemu.

Wymienię kilka cech stalinizmu:

- kult przywódcy wpajany przez medialną indoktrynację

- walka klasowa: Tusk i Kaczyński są dla siebie nawzajem głównymi wrogami klasowymi, reprezentują stale powiększający się krąg rzeczywistych i urojonych przeciwników, wobec których należy stosować represje: np. pokazowe aresztowania i procesy, odmawianie koncesji Telewizji Trwam

- cykliczne czystki kadrowe w kręgach aparatu partyjnego: usunięcie przez Kaczyńskiego środowiska obecnego PJN  Joanny Kluzik-Rostkowskiej, Elżbiety Jakubiak, Pawła Poncyliusza, Adama Bielana, Michała Kamińskiego, Pawła Kowala, Marka Migalskiego, środowiska obecnej Solidarnej Polski Tadeusza Cymańskiego, Jacka Kurskiego, Zbigniewa Ziobry, Arkadiusz Mularczyka, Beaty Kempy, Ludwika Dorna; usunięcie lub odsunięcie przez Tuska: Zyty Gilowskiej, Pawła Piskorskiego, Andrzeja Olechowskiego, Jarosława Gowina, Johna Godsona, Jacka Żalka, a w praktyce i Grzegorza Schetyny. W praktyce liderzy pozbywają się wszystkich osób niezależnych, z charyzmą, mogących stać się konkurentami. Traktują ich jako zagrożenie, a nie cennych współpracowników, mogących przyczynić się do rzeczywistego rozwoju.

- redukcja kierowniczej roli partii do ścisłego kierownictwa pełniącego rolę dyktatorską, rolą szeregowych członków partii, posłów i radnych jest wypełnianie poleceń – np. dyscyplina klubowa na głosowaniach w Sejmie

- stała indoktrynacja, kampanie mobilizujące masy –np. kult smoleński z jednej strony i obrona społeczeństwa przed zagrożeniem tym fanatyzmem z drugiej strony

- biurokratyzacja i centralizacja państwa – tutaj obaj liderzy są zgodni

- obciążanie społeczeństwa wysokimi podatkami, za to system przywilejów dla klasy rządzącej – ważne tylko, aby „swoi” stanęli przy korycie

- uniformizacja ideologiczna społeczeństwa: PO propagujące eurosocjalizm i PiS propagujący narodowy socjalizm

Większość społeczeństwa polskiego jest wiernymi wielbicielami jednego lub drugiego z wymienionych liderów. Upłynie pewnie kilkadziesiąt lat, zanim Polacy będą w stanie dokonywać bardziej racjonalnych wyborów przywódców gwarantujących rzeczywistą realizację interesów większości narodu. Wielu komentatorów zazdrościło np. Niemcom spokojnej i merytorycznej ostatniej kampanii wyborczej. Na razie musimy w Polsce cieszyć się tym co mamy, czyli okresem odpowiadającym stalinizmowi.


wtorek, 24 września 2013

Z wizytą w Świebodzinie

Wakacyjna tułaczka zaprowadziła mnie do Świebodzina. Miasto na trasie Poznań – Berlin, historycznie należące do Dolnego Śląska – Księstwa Głogowskiego, od 1742 włączone do Prus, słynne dawniej ze świebodzińskiego sukna.

Wbrew GPS i tablicom informacyjnym na autostradzie A2 najlepiej zjechać na Jordanowo i udać się S3 w kierunku na Zieloną Górę. Po kilkunastu minutach byłem na miejscu. Na rynku dominuje ratusz w stylu neorenesansowym, a pod nim ławeczka z rzeźbą miejscowego muzyka  Czesława Niemena.



Niesamowite wrażenie wywiera najcenniejszy zabytek – kościół św. Michała Archanioła.



Harmonię architektury rynku zaburza brutalna ingerencja postkomunistycznego kompleksu bloków mieszkalnych.



Sam rynek wygląda estetycznie, jednak większość kamiennic zabytkowego centrum jest zaniedbana. To ogólnopolski efekt – budynki pozbawione właścicieli, z mieszkaniami komunalnymi systematycznie niszczeją.





Najbardziej ponuro wygląda wykorzystywany jako sanatorium zamek Świebodziński.



Zaszokował mnie widok wieży Bismarcka. Wznosi się na wzgórzu na obrzeżu miasta, dawniej można było wejść kręconymi schodami na górę i podziwiać panoramę. Prywatny właściciel zabezpieczył obiekt jak umiał, rozebrał nadbudówkę i zamiast niej umieścił zestaw anten.
Wprawdzie Bismarck nie był przyjacielem Polaków, ale wieża sama w sobie miała wiele uroku. 



Boli nas niszczenie polskich zabytków na Białorusi i Ukrainie, jednak nie powinniśmy odpłacać tym samym. Więcej – uważam, że polska polityka historyczna nie powinna odrzucać dziedzictwa pruskiego i pozostawiać go Niemcom. Większość historycznych ziem Królestwa Pruskiego znajduje się na terenie Polski i na terenie Polski mieszkają potomkowie byłych poddanych królów pruskich. Mnie osobiście bliższe są tradycje porządku i dyscypliny, niż kojarzącej się z I RP anarchii, obżarstwa, pijaństwa, roztańczenia i rozśpiewania. Warto przytoczyć przykład jaki kontakt z naszą ówczesną kulturą wywarł na szesnastoletnim księciu pruskim, przyszłym królu Fryderyku II Wielkim, który potem zapoczątkował rozbiory Polski.

W 1728 roku gościł wraz z ojcem i ministrami pruskimi w Dreźnie, gdzie August II Mocny urządził na ich cześć pokaz "żywych obrazów", utworzonych przez piękne, nagie kobiety. Widok ten na wychowanym w surowych zasadach kalwinizmu młodym Fryderyku wywarł tak silne wrażenie, że do końca życia stracił zainteresowanie kobietami.


Zamiast z wieży Bismarcka ująłem więc panoramę Świebodzina z okna hotelu. Wygląda nieco ponuro, bo dzień był pochmurny.




Nie mogłem nie odwiedzić Pomnika Chrystusa Króla. Znajduje się w nowoczesnej, południowej dzielnicy miasta. Samo otoczenie pomnika jest w fazie intensywnej rozbudowy – spostrzegłem, że powstaną tu parkingi, restauracja, hotel, centrum handlowe. Współczesnym pielgrzymom nie wystarczą same przeżycia duchowe.




U stóp pomnika uroczyście podpisałem petycję o uznanie Chrystusa Królem Polski.




sobota, 14 września 2013

Krytyka inicjatywy Sikorskiego

Sympatyczna blogerka z ironią pisze o inicjatywie ministra Sikorskiego:

Nie, to nie Rosja zaproponowała plan pokojowy w sprawie Syrii, ale Minister Sikorski i Anne Applebaum (małżonka ministra o amerykańsko-żydowskich korzeniach) na Twitterze, Pomysł podchwycił Siergiej Ławrow i przekazał dalej, do Prezydenta Putina. Nie wiem czy Biały Dom i Kreml wiedzą, że mają pośrednika w Warszawie i to nie byle pośrednika bo z Twitterem. Podobno amerykańska interwencja miała być przesądzoną, ale nagle John Kerry zobaczył wpis Ministra Sikorskiego i …. pokój na świecie uratowany!


Na czym polegała ta inicjatywa?

W wywiadzie dla francuskiego dziennika "Le Monde" w końcu sierpnia minister Sikorski wyraził opinię, że także Rosja powinna pomóc w zaaranżowaniu negocjacji między władzami i opozycją w Syrii.

"Ponadto Rosja ma dodatkowe powody, by czuć się współodpowiedzialną za syryjski arsenał: to broń radziecka lub wyprodukowana dzięki radzieckim technologiom" - powiedział.

"Gdyby Rosja, która nie chce interwencji (w Syrii) zadeklarowała, że weźmie na siebie odpowiedzialność za zabezpieczenie tego arsenału, miałoby to wpływ na bieg wydarzeń" - dodał.


Rosjanie, jak przystało na wielki naród, skarcili próbującego podskakiwać Polaczka:

04 września 2013,
Ministerstwo Spraw Zagranicznych Federacji Rosyjskiej wyraziło we wtorek zdziwienie z powodu wypowiedzi szefa polskiej dyplomacji. W wywiadzie dla francuskiego dziennika "Le Monde" Radosław Sikorski stwierdził, że Rosja "ma dodatkowe powody, by czuć się współodpowiedzialną za syryjski arsenał".

"Nie ma nic dalszego od rzeczywistości" - oświadczyło MSZ Rosji, dodając, że "u podstaw utworzenia w latach 70. i 80. przemysłu chemicznego Syryjskiej Republiki Arabskiej legły nie radzieckie, lecz raczej zachodnie technologie i dostawy związków chemicznych, w tym podwójnego przeznaczenia".

"Jeśli chodzi o wypowiedzianą przez szefa resortu spraw zagranicznych Polski myśl, iż Rosja powinna wziąć na siebie odpowiedzialność za nienaruszalność syryjskich arsenałów chemicznych, to takie postawienie sprawy nie może nie wywołać zdziwienia" - przekazało MSZ Rosji.

Ministerstwo oświadczyło, że "odpowiedzialność za nienaruszalność broni chemicznej ponosi wyłącznie rząd suwerennej Syrii - i nikt inny". "Ani wewnętrzne, ani zewnętrzne siły nie powinny przeszkadzać w wykonywaniu tego zadania lub ingerować w dany proces" - wskazało.


Ale już tydzień później plan zasugerowany przez Sikorskiego był w pełnej realizacji:

13 września 2013,
- Sekretarz stanu USA John Kerry i minister spraw zagranicznych Rosji oraz specjalny wysłannik ONZ i Ligi Arabskiej do Syrii Lakhdar Brahimi uzgodnili w Genewie, że syryjski konflikt wymaga rozwiązania politycznego - poinformował w piątek wieczorem MSZ Rosji.

Prezydent USA Barack Obama powiedział w piątek, że liczy na powodzenie planu objęcia międzynarodową kontrolą broni chemicznej Syrii, musi jednak istnieć możliwość zweryfikowania działań Damaszku podczas wdrażania tego projektu.

Obama dodał, że ma nadzieję, iż powiedzie się też plan zniszczenia syryjskiego arsenału chemicznego, ale USA będą nalegać na to, by plan ten można było Damaszkowi skutecznie narzucić i zweryfikować jego wdrożenie.


Prezydent Obama, który kombinował z interwencją w Syrii jak koń pod górkę, wykorzystał  rosyjską propozycję jako koło ratunkowe. Poparcie syryjskiej opozycji może miałoby sens we wcześniejszej fazie powstania, ale obecnie przeżarta jest ona islamskimi fanatykami jak rakiem. Militarne wsparcie opozycji byłoby wsparciem Al-Kaidy.

Wkład Sikorskiego doceniany jest jednak przez światowe media, mimo że on osobiście zachowuje zrozumiałą skromność:

- Jeśli moje sugestie pomogły komuś zmienić zdanie czy wywołać refleksję, to mamy drobną satysfakcję - powiedział szef MSZ Radosław Sikorski, odnosząc się do komentarzy w światowej prasie, że odegrał kluczową rolę w rozwiązywaniu kryzysu syryjskiego.

Zdaniem niemieckiego dziennika "Die Welt" to Sikorski odegrał decydującą rolę w działaniach, które doprowadziły do powstania planu rozwiązania kryzysu w Syrii poprzez objęcie syryjskiej broni chemicznej międzynarodową kontrolą. O roli Sikorskiego napisał też amerykański dziennik "New York Times", który podał, że pomysł przekazania zapasów broni Rosji Sikorski poruszył podczas rozmowy telefonicznej z amerykańskim sekretarzem stanu Johnem Kerrym 29 sierpnia.

"Przywołując jej przebieg, minister Sikorski podkreślił, że sekretarz stanu wydawał się zainteresowany tym pomysłem, wskazując przy tym, że będzie wkrótce rozmawiał z ministrem Ławrowem. Minister Sikorski kontynuował dyskusję na ten temat z sekretarzem stanu podczas ubiegłotygodniowego spotkania w Wilnie, sugerując wyznaczenie limitu czasowego na zniszczenie syryjskiego arsenału chemicznego" - napisał "NYT"


Osobiście zachowuję równy dystans do partii systemowych PO-PiS-SLD-PSL. Ponieważ ich poczynania są na ogół szkodliwe dla Polski, nieuchronna jest pewna doza krytyki. Jeśli jednak któremuś przedstawicielowi rządu lub opozycji zdarzy się dokonać czegoś sensownego, to nie mam oporów, aby to pochwalić. Wydaje mi się, że inicjatywa Sikorskiego jest warta pochwały.

Polska polityka zagraniczna do tej pory cechowała się serwilizmem, kolejne ekipy wyszukiwały sobie zagranicznego „pana”, aby mu się na wszystkie sposoby podlizywać. Do 1989 był to ZSRR, po 1989 – USA. Polska wysłała żołnierzy do Afganistanu oraz Iraku, ponieśliśmy koszty, ofiary – ale żadnych ekonomicznych korzyści z „podziału łupów”. Na przykład nasz przemysł zbrojeniowy dogorywa, zamiast dzięki udziałowi w tych wojnach rozwinąć skrzydła. Amerykanie demonstracyjnie zrezygnowali z udziału Polski w programie Tarczy antyrakietowej. Do tej pory nie rozwiązano żenującego problemu zniesienia wiz wjazdowych do USA dla Polaków. Amerykanie olewają nas na wszystkie możliwe sposoby, ale nawet nie to jest najistotniejsze, tylko sensowna analiza geopolityczna. Polska jest pomiędzy Rosją i Niemcami i żaden egzotyczny sojusz nas nie uratuje w wypadku konfliktu z obu tym mocarstwami naraz. Przetestowaliśmy to w 1939 i w 1945.

Polscy wielbiciele sojuszu z USA liczyli, że na gwizdnięcie tego supermocarstwa Polacy wiernie przybiegną, aby posłusznie uczestniczyć w kolejnej idiotycznej walce o wdrożenie demokracji. Ja liczę na sensowną współpracę z Niemcami i Rosją, w której Polska powinna starać się w stopniu maksymalnie możliwym zadbać o swoje interesy. Wydaje się, że ostatnia inicjatywa ministra Sikorskiego była krokiem we właściwym kierunku.

niedziela, 8 września 2013

Zamiast przeszkoli publicznych ochronki dla biednych dzieci

Wczorajszy dzień w mediach poświęcony był promowaniu polityki prorodzinnej premiera. Tusk pojawiał się na ekranie na tle szeregu młodych matek z niemowlętami na rękach i rozpoczynał wypowiedź... Ważkie te i skrzydlate słowa nie dotarły jednak do mnie, dzięki natychmiastowej zmianie kanału lub wyłączeniu odbiornika. Zdążyłem już bowiem wyrobić sobie własny pogląd na tę politykę prorodzinną.

Rozpoczęła się od odebrania części podatników ulgi na dzieci od 2013 roku.  Rodzicom przedszkolaków przygotowano natomiast szok we wrześniu. W ramach akcji – przedszkole za złotówkę w praktyce zlikwidowano zajęcia dodatkowe w przedszkolach publicznych. Ustawodawca pochylił się nad biednymi: 5 godzin ma być za darmo, każda następna godzina maksymalnie za złotówkę. Okazało się, że według interpretacji MEN wyklucza to możliwość powszechnie do tej pory praktykowanego płacenia przez rodziców za dodatkowe zajęcia: rytmikę, taniec, angielski, karate itp. Wybuchła afera, protesty rodziców. Media sugerowały niedoróbkę legislacyjną: chcieli dobrze, wyszło jak zawsze. Ale wypowiedzi medialne tandemu Szumilas -Tusk pokazały, że idą w zaparte. Według intencji rządu to nauczycielki przedszkolne mają zapewnić swoim podopiecznym te wszystkie zajęcia właśnie za złotówkę. Oprócz talentu pedagogicznego mają być baletnicami, śpiewaczkami, lingwistami i mistrzyniami sztuk walki. Jeśli trzeba będzie więcej płacić personelowi to dodatkowe środki mają zapewnić samorządy. Śmiechu warte – nasze zadłużone samorządy, które mają problemy nawet z terminowym wypłacaniem wynagrodzeń nauczycielom.

Wygląda na to, że jest to zaplanowana akcja likwidacji przedszkoli publicznych. Jeśli władzy uda się utrzymać zakaz zajęć dodatkowych, klasa średnia zmuszona będzie przenieść dzieci do przedszkoli prywatnych w trosce o ich rozwój. Przedszkola publiczne zmienią się w ochronki dla biednych dzieci. Z niewątpliwą korzyścią dla budżetu państwa – można będzie ograniczyć ilość placówek. Szkoda jednak potencjału wiedzy i doświadczenia przedszkoli publicznych, wypracowanego przez kilkadziesiąt lat praktyki. Rodzice zdają sobie sprawę, że przedszkola prywatne, pomimo mniejszej liczebności grup, bogatego i barwnego opisu zajęć dodatkowych często zapewniają dzieciom gorsze przygotowanie niż publiczne. Powodem jest właśnie brak doświadczenia i instytucjonalnej praktyki pedagogicznej.

Władzom RP już wcześniej udało się zniszczyć szkolnictwo pedagogiczne – poprzez likwidację studiów nauczycielskich, w których wykładali praktycy i program oparty był na praktyce. Obecne uczelnie pedagogiczne, aby utrzymać swój status, jako wykładowców muszą zatrudniać osoby o odpowiednich stopniach naukowych. Nosiciele tych stopni naturalnie nie mają pojęcia o praktyce, teoretyzują lub ględzą, niekoniecznie na temat. Wszystko jest jednak zgodne z modelem europejskim i absolwenci są kompletnie niedouczeni i nie mają pojęcia o pracy z dziećmi. Dlatego szkoda przedszkoli publicznych, w wielu z nich ta dobra praktyka pedagogiczna przetrwała i była przekazywana z pokolenia na pokolenie, wbrew wysiłkom MEN – kolejnym idiotyczno-biurokratycznym akcjom. Wygląda na to, że najnowszy pomysł powiedzie się i przedszkola publiczne uda się wreszcie zniszczyć.

Tak więc nie słyszałem wypowiedzi premiera w tv, ale mogę sam podsumować:

Sukcesy polityki prorodzinnej rządu w 2013 roku:
1) odebranie ulgi na dzieci części podatników
2) rozpoczęcie akcji likwidacji przedszkoli publicznych i zamiany ich w ochronki dla biednych dzieci


Zadziwiające jest, że ostrze tej brutalnej profiskalnej polityki rządu zwraca się przeciwko klasie średniej, która duża część stanowiła elektorat PO. Może nastąpi jakieś masowe otrzeźwienie lemingów, bo coraz częściej słyszę od znajomych: Brzydzi mnie PiS, ale na pewno nie poprę PO, na kogo zagłosować? Niech myślą dalej, może coś pozytywnego z tego wyniknie.

poniedziałek, 2 września 2013

Dramat polskich nauczycieli, czy uczniów?

10 tysięcy nauczycieli zwolniono z pracy. To wielki dramat środowiska nauczycielskiego. Praca pedagogiczna nie jest wysoko płatna, ale wydawała się przynajmniej pewna. Okazało się, że tak nie jest – powodem jest kryzys demograficzny. Prezes ZNP znalazł rozwiązanie:

Niż demograficzny nie może być ciosem wymierzonym w nauczycieli, powinien być szansą na poprawę warunków nauki i pracy w szkole uważa ZNP. Proponuje w zamian m.in. zmniejszenie liczby uczniów w klasie i wydłużenie czasu opieki świetlicowej.


Niestety kryzys ekonomiczny powoduje, że nawet bogate USA redukują wydatki na oświatę. Znajoma z Georgii opowiedziała mi, że w tamtejszych klasach lekcyjnych dodaje się krzesła po obwodzie sal, aby pomieścić zwiększoną ilość uczniów.

Myślę, że dla polskich nauczycieli powinna być to chwila refleksji nad ich odpowiedzialnością za kryzys demograficzny.  Latami wpajano uczniom lewacki program wychowanie do życia w rodzinie:

Minister Edukacji Narodowej 10 sierpnia 2009 r. podpisała nowelizację rozporządzenia (...) w sprawie sposobu nauczania szkolnego oraz zakresu treści dotyczących wiedzy o życiu seksualnym człowieka, o zasadach świadomego i odpowiedzialnego rodzicielstwa, o wartości rodziny, życia w fazie prenatalnej oraz metodach i środkach świadomej prokreacji, zawartych w podstawie programowej kształcenia ogólnego. (...)

Zgodnie z podpisaną nowelizacją, na zajęcia wychowania do życia w rodzinie nie będą uczęszczać tylko ci uczniowie niepełnoletni, których rodzice zgłoszą dyrektorowi szkoły sprzeciw w formie pisemnej co do udziału dzieci w zajęciach oraz ci uczniowie pełnoletni, którzy sami zgłoszą dyrektorowi w formie pisemnej sprzeciw wobec udziału w zajęciach.


Sam pamiętam wielogodzinne ćwiczenia w naciąganiu prezerwatywy, indoktrynację o społecznej użyteczności i roli aborcji. Młodsze pokolenia zapoznają się już z bajkami o pingwinach gejach, o wyższości gender, wpaja im się przekonanie o moralnej wyższości homo i transseksualistów, budzi się poczucie winy z powodu tradycyjnej orientacji seksualnej. Efektem jest zwiększona ilość depresji i samobójstw wśród młodzieży, oraz zanik dzietności – który to efekt jak bumerang uderzył w środowisko nauczycielskie.

Pomimo głupawego śmieszku minister Szumilas dramat dzieci w polskich szkołach dostrzegany jest już nawet przez przez autorytety zagraniczne.

Zdaniem prof. Philip Georga Zimbardo, amerykańskiego uznanego autorytetu psychologii, wieloletniego wykładowcy Uniwersytetu Stanforda, w Polsce wyjątkowo duży odsetek dzieci i młodzieży zmaga się z poważnymi zaburzeniami emocjonalnymi.

Zdaniem psychologa, dzieci i młodzież z zaburzeniami emocjonalnymi w dorosłym życiu nie przełamią samodzielnie depresji.

W ocenie Zimbardo polski system edukacji na wszystkich stopniach powinien zostać poddany gruntownej reformie.

- Zmiany powinny polegać na odmiennym niż obecnie podejściu nauczycieli do pracy z uczniem - przekonuje w rozmowie z Rzeczpospolitą Zimbardo.



Na początek warto by zwolnić z pracy nie dziesięć tysięcy, ale kilkaset tysięcy, z Szumilas, pracownikami ministerstwa i kuratoriów na czele.